Sposób postępowania trybunałów dawnej inkwizycji

5/5 - (4 votes)

Skoro tylko jakiegoś mnicha mianowano inkwi­zytorem, uprzedzał on o tern króla, który natych­miast zalecał wszystkim trybunałom miast, w któ­rych ów inkwizytor sprawować miał swoje urzędo­wanie, aby dostarczały mu wszelkiej potrzebnej pomocy; aby kazały aresztować wszelkie osoby, które im wskaże jako heretyków lub podejrzanych o herezję; aby je poddawały karom wymierzonym przez inkwizycję; aby nie cierpiały najmniejszej obrazy wyrządzonej inkwizytorowi lub jego familia-rom  na koniec, aby mu wyznaczyły mieszkanie, równie też dostarczyły wszelkich wygód potrzeb­nych do podróży.

Pierwiastkowo inkwizytorowie nie pobierali stałej płacy; pełniący wówczas te obowiązki byli to mnisi, którzy ślubowali ubóstwo, a księża nie­kiedy dodawani im do pomocy byli to duchowni za­opatrzeni beneficjami; lecz ten stan rzeczy musiał się koniecznie zmienić, odkąd inkwizytorowie zaczęli podróżować w towarzystwie pisarzów, alguazilów i siły zbrojnej, a wydatki ich kazał papież pokry­wać biskupom, pod pozorem, że inkwizytorowie pra­cują nad wytępieniem herezji w ich diecezjach. Bi­skupi użaliwszy się na ten uciążliwy dla nich przepis, narzucili go panom, zasadzając się na obowiązku ich nie znoszenia w swoich posiadłościach żadnego heretyka. Na koniec przyszedł czas, w którym wy­datki inkwizycji zaspakajano albo sprzedażą, albo dochodami z dóbr skonfiskowanych, lub też wpły­wem z kar pieniężnych nakładanych w razach, gdy konfiskata jeszcze nie była postanowiona.

Skoro inkwizytor przybył do miasta, w którym zamierzał urzędować, zawiadamiał o tym magistrat i wzywał prezydenta, aby przybył do niego w ozna­czonym dniu i godzinie. Naczelnik miasta stawił się u inkwizytora i zaprzysięgał mu, że wprowadzi w wykonanie wszelkie prawa o heretykach i że do­starczy mu wszelkich środków do wykrycia ich i przyaresztowania. Inkwizytorowi służyło prawo wykląć i zawiesić w pełnieniu obowiązków każdego urzędnika monarszego, który by śmiał nie być mu posłusznym, mógł nawet rzucić interdykt na całe miasto. Jeżeli przeciwnie gubernator lub naczelnik miasta nie czynili żadnych trudności w wykonywa­niu rozkazów inkwizytora, ten wyznaczał dzień świąteczny, w którym miewał kazanie zalecające denuncjować heretyków i zarazem zawiadamia­jące, że osoby winne herezji, które oskarżają się same przed oddaniem ich pod sąd, ulegną jedynie lekkiej pokucie kanonicznej, a przeciwnie będą jak najsurowiej prześladowane, jeżeli po upływie oznaczonego terminu, zostaną denuncjowane. Miesiąc czasu zwy­kle termin ten stanowił.

Jeżeli w tym przeciągu czasu przytrafiały się denuncjacje, zapisywano je, lecz pozostawały bez skutku do czasu, aż się przekonano, że denuncjowani nie stawili się z własnej woli.

Po upływie oznaczonego terminu wzywano denuncjanta; oświadczano mu, że są trzy sposoby przy­stąpienia do wykrycia prawdy: oskarżenie, denuncjacja i inkwizycja, zostawiano mu wybór. Jeżeli wy­brał pierwszy, wzywano go, aby oskarżył denuncjowanego; lecz uprzedzano go, że ulegnie karze od­wetu, jeżeli uznany zostanie za potwarcę. Tej dro­gi używali zwykle tylko zuchwalcy, mniemający, że bezkarnie będą mogli zgubić swoich nieprzyjaciół. „Większa część oświadczała, że jedynym powodem, który ich skłonił do denuncjowania, jest obawa oznaczonej prawem kary na tych, którzy by nie wy­krywali świętemu oficjum heretyków; wtedy po­przestawali na wskazaniu osób, będących według ich zdania, w możności świadczyć przeciw denuncjowanemu. Inni znowu wyjawiali wrażenie, jakie wy­warły na ich umysłach pogłoski publiczne, podają­ce oskarżonego w podejrzenie. W tym ostatnim razie przeciw oskarżonemu postępowano z urzędu.

Świadków badał sam inkwizytor, w towarzystwie pisarza i dwóch księży.

Jeżeli przygotowawcza instrukcja przekonywa­ła o występku, lub podejrzeniu o herezję, inkwizy­torowie nakazywali ujęcie obwinionego. Od tej chwili tracił on wszelkie przywileje i przytułek, jakikolwiek by zajmował stopień w społeczeństwie: aresztowano go w pośród rodziny, przyjaciół, a nikt nie śmiał stawić żadnego oporu. Skoro tylko do­stał się w ręce inkwizycji, nie wolno już było ni­komu z nim się znosić; nagle przez wszystkich opusz­czony, zostawał pozbawiony wszelkiej pociechy. Biada czułej duszy, która by śmiała okazywać ja­kieś politowanie dla ofiar świętego oficjum. Oskarżonego wrzucano do okropnego więzienia, do­póki nie podobało się inkwizytorom badać go.

Tymczasem urzędnicy inkwizycji szli do miesz­kania obwinionego, spisywali tam inwentarz wszyst­kiego co znaleźli, i przystępowali do zabrania wszelkiej jego własności. Jego wierzyciele tracili swoje pieniądze; jego żona i dzieci w najokropniejszym pozostawały niedostatku, a widziano częstokroć żony i córki cnotliwe i dobrze wychowane, dopro­wadzone do strasznej konieczności prostytuowania się, tak z powodu gnębiącej je nędzy, jak z powo­du pogardy, na jaką narażało je nieszczęście nale­żenia do człowieka prześladowanego przez święte oficjum.

Kiedy obwiniony przepędził w więzieniu kilka dni, a czasem i kilka miesięcy, inkwizytorowie ka­zali ceklarzowi, aby mu oświadczył, iż ma prosić o audiencję, ponieważ trybunał ów trzymał się cią­gle tej zasady, aby oskarżony był zawsze proszącym. ‚ Gdy więzień stanął po raz pierwszy przed sędziami, zadawali mu pytania jakby go nie znali, i jak najprzebieglejszymi środkami wzywali go do przyzna­nia się do swojego przestępstwa. Jeżeli obwiniony wyznawał się winnym herezji i prosił o pozwolenie odrzeczenia się takowej, inkwizytor zgadzał się na jego nawrócenie, jeżeli tylko nie był w stanie recy­dywy, co zawsze pociągało za sobą karę główną, bo inkwizycja nigdy po dwakroć nie przebacza. Od­syłano go do więzienia, aby się nawrócił i pozosta­wiano tam aż do przyszłego auto-da-fe; a gdy na nićm wystąpił i naznaczono mu kanoniczną pokutę, wypuszczano go na wolność. Często widziano więź­niów, którym sumienie nic nie wyrzucało, a którzy woleli jednak obwinie się o jakieś przekroczenie, aniżeli uledz torturze lub umrzeć w więzieniu.

Kiedy występek przypisywany oskarżonemu okazał się nieistniejącym i kiedy tenże oskarżony nie splątał się sam w ciągu badania, inkwizytorowie dawali mu pokwitowanie, pod warunkiem, iż się for­malnie odrzeknie wszelkiej herezji, i że się oczyści drogą kanoniczną z podejrzenia, które na nim cią­żyło; po czym otrzymywał rozgrzeszenie ad cautelam t. j. jako były podejrzany o herezję.

Jeżeli najzwyczajniejszy wypadek niezmiernej liczby procesów, wytoczonych przez inkwizycję nie ustanawiał niezbitego dowodu, iż obwiniony jest he­retykiem, jednakże prawie zawsze wskazywał, że tenże jest podejrzanym o herezję, bądź z powodu swoich twierdzeń, bądź z powodu czynów, i wtedy oficjum święte stosując kary do stopnia podejrzenia, nazywało takowe lekkim, wainem lub gwałtow­nym, i podejrzaną osobę skazywało, według reguł dla każdej z tych trzech kategorii ustanowionych.

Lecz jeżeli zarzuty czynione obwinionemu były ciężkie, a zapierał się przypisywanego mu występku, uważano go natychmiast za zatwardziałego herety­ka; odprowadzano go zatem do więzienia i dopiero po kilkoletnim przeprowadzaniu go z więzienia na posłuchanie i z posłuchania do więzienia, doręczano mu kopię procesu, w której opuszczano nazwiska delatora i świadków, tudzież wszelkie okoliczności, które by mogły wykryć ich przed nim. Jednocześnie dodawano mu adwokata; lecz rada jego była zupeł­nie iluzyjna, ponieważ adwokat mógł się widzieć z obwinionym jedynie wobec inkwizytorów, i mó­wić tylko to, co by zmusiło obwinionego do przyzna­nia się do występku.

Skoro obwiniony przytoczył wszelkie środki obrony, jakie miał w swojej mocy, i odpowiedział na wszelkie pytania, jeżeli odpowiedzi jego nie za­spakajały inkwizytorów, lub jeżeli występek nie był dostatecznie udowodniony, inkwizytorowie nakazy­wali torturę, jako środek prawie zawsze pewny do otrzymania zeznań rzetelnych lub uważanych za prawdziwe; a zeznania te wyrwane przez najokrop­niejsze męki, wystarczały inkwizycyjnym sędziom do spokojności ich sumienia.

Zdarzało się niekiedy, że inkwizytorowie nie uważali za potrzebę uciekać się do tortury; w takim razie przystępowano do wyroku, który wydawał in­kwizytor. Wyrok ten czytano obwinionemu dopie­ro w chwili wykonania go.

Inkwizycja nie trzymała się zwykłej procedury, a sędziowie nie oznaczali żadnego terminu na zebra­nie dowodów zarzucanych czynów; w pierwszych czasach inkwizycji nie było wcale prokuratorów, obowiązanych oskarżać podejrzane osoby; formalno­ści tej słownie dopełniał sam inkwizytor, po prze­słuchaniu świadków.

Świadkowie nie byli obowiązani udowadniać przed trybunałem świętego oficjum swoich zeznań; nigdy także nie konfrontowano ich wzajemnie. Do­puszczano do świadczenia ludzi najnikczemniejszych i najniegodziwszych, a ich zeznania dostateczne by­ły często do skazania na ogień najuczciwszego czło­wieka, którego całym występkiem było to, że miał nieprzyjaciół pomiędzy zbrodniarzami nie lękający­mi się krzywoprzysięstwa. Dwaj świadkowie, któ­rzy tylko słyszeli o jakiej rzeczy, wyrównywali jed­nemu, który ją widział lub słyszał sam; innego zarzutu nie potrzeba było, aby poddać obwinionego pod tortury. Delatorów samych przyjmowano za świadków; na koniec z pominięciem wszelkich praw i najzdrowszej moralności, służący mógł świadczyć przeciwko swemu panu, mąż przeciwko żonie, żona przeciwko mężowi, syn przeciwko ojcu, a ojcowie przeciw własnym dzieciom. Cóż to za szeroka dro­ga, otwarta dla zemsty i zdrady, protegowanych przez tajemnicę!

Inkwizytorowie dopuszczali wyłączenie tylko w razie najgwałtowniejszej nieprzyjaźni; aby zaś przekonać się o prawdziwości tej nieprzyjaźni, za­pytywali obwinionego czy miał nieprzyjaciół, od ja­kiego czasu i jaka była przyczyna ich nienawiści? dowód przyjmowano, a sędziowie uwzględniali go. W początkach inkwizytorowie zręcznie wybadywali obwinionego, czy zna wskazywane mu pewne indy­widua; były niemi denuncjant i świadkowie, o czym obwiniony nie wiedział, i jeżeli z jakiego bądź po­wodu obwiniony zaprzeczał, tracił prawo wyłącze­nia ich jako nieprzyjaciół. Obwiniony mógł także wyłączyć samego nawet inkwizytora; lecz wpadał zwykle ze Scylli w Charybdę. Na koniec obwiniony mógł jeszcze apelować do papieża od czynów i środ­ków przedsięwziętych przez trybunał; lecz gdy in­kwizytorowie ze wszelką łatwością mogli wyjeżdżać do Rzymu i tam usprawiedliwiać swoje postępowanie, najlepiej zatem uzasadnione apelacje, prawie zawsze odrzucano, a nieszczęśliwi obwinieni, idąc na karę, dowiadywali się o skutku tego słabego i ostatniego środka.

Taki był sposób postępowania trybunałów daw­nej inkwizycji; kto czytał jej ustawy, osądzi, iż nie podobna zredagować kodeksu bardziej święcie barbarzyńskiego, lecz nowoczesna inkwizycja dowiodła, że dopięła tego.

Radość w Komunii z Chrystusem

5/5 - (4 votes)

To On – Jezus jest powodem przepowiadania orędzia pojednania. Wobec wielotysięcznego zgromadzenia entuzjastycznie nastawionej młodzieży, jakby chcąc odwrócić od siebie uwagę, Brat Roger często powtarza: jesteśmy tu ze względu na Chrystusa i Jego Ewangelię.[2]

Radość wewnętrzna musi wynikać więc z prawdziwej komunii z Chrystusem:

„Jezu, moja radości, dzięki Tobie moje serce ma gdzie spocząć. Doskonała radość jest przejrzystością. Cała Twoja istota, to nie za wiele, jeśli taka radość ma wybuchnąć. Radość uwrażliwia na Boga głównie dzięki temu, czym jesteś. Pozwól, by sam Chrystus śpiewał w tobie promienny dar życia, a wtedy źródła chwały nie zamilkną.”[3]
Istotną sprawą jest to, aby radości nie kojarzyć ze zjawiskiem entuzjazmu (zwłaszcza masowego). Wytrąca on bowiem człowieka z pewnej równowagi wewnętrznej, która nie wyklucza spontaniczności ani nie zakłada martwej statyki.

Współczesny człowiek pragnie spotkać w swoim życiu ludzi, których wiara promieniuje radością i pokojem serca. Ci którzy odziedziczyli owo błogosławieństwo (por.1P3,9) radości i udzielają z tego błogosławieństwa innym wypełniając swoje chrześcijańskie powołanie wobec świata. Są to ewangeliczni ubodzy, miłosierni, sprawiedliwi, którzy nie przywdziewają maski utrapienia lub pobożności. Ich wewnętrzną radość daje sią łatwo odróżnić od impulsywnego rozbawienia. Radość telewizyjnych wesołków, komików stosujących rozmaite metody, aby nas na chwilę rozbawić, nie mieści się jednak w kategorii błogosławieństwa. Prawdą jest, że pozwalamy wciągnąć się w ten kamuflaż, kompensując sobie brak prawdziwej radości przez takie formy zastępcze.

„Współczesny człowiek za dużo mówi, gada, dowcipkuje i w ten sposób trwoni zdolność do koncentracji. Zycie wewnętrzne wymaga wewnętrznej ciszy, która jest owocem powściągliwości w słowach. Na pewno nie należy wyrzekać się radości, płynącej rozmowy i żartów, ale panowanie w jakimś stopniu nad sobą powinno umożliwić powstrzymanie nadmiaru słów i odnalezienie wewnętrznej ciszy.”[4]

Jedną z pieśni śpiewanych na ostatnim Europejskim Spotkaniu Młodych w Paryżu (1994/95) był kanon: „En tout, la paix du coeur, la joie serine” – we wszystkim pokój serca i pogodna radość. Wewnętrzny pokój to miejsce w którym Bóg ma swój dom, gdzie najlepiej słychać Jego słowo, to tu najmocniej człowiek odczuwa Jego obecność. Kiedy rozszerzymy tę przestrzeń dla Jezusa oddając Mu coraz więcej z siebie odkryje czystą radość wypływającą ze źródeł wieczności(J 3,30).

Sama Jego obecność nie jest jeszcze gwarancją trwałości podobnego stanu ducha. Człowiek w ciągłym zmaganiu i walce osłabia swoją duchową odporność i pozwala zapędzić się w ciemny zaułek. Pozwala, aby inni nim kierowali. Źródła radości trzeba w sobie strzec i być czujnym, aby nie zostało ono zatrute przez wiecznych malkontentów, pesymistycznych nudziarzy i notorycznych katastrofistów. Nie można pozwolić, aby ta ludzka pustynia wyjałowiła naszego ducha. Nie zatrzymywać się na duchowych rozpadlinach, aby nie zamarła w nas wrażliwość. My chrześcijanie mamy nieść innym radość powstawania z martwych, podnoszenia się z klęsk. Zwątpienie czy chwilowa duchowa oschłość nie jest jeszcze powodem do paniki.

Ufność w obecność Jezusa w nas sprawia, że otwieramy się na radość – dar Jego Ducha.

W Ewangelii czytamy, że „Jezus rozradował się w Duchu” (Łk 10,21) i uwielbiał Ojca za to, że objawił tajemnicę Królestwa ludziom prostego serca. Radość jest jednym z elementów budowania Królestwa Bożego (Rz 14,17), jest owocem działania Bożego Ducha w nas (1Tes 5,16; 2Kor1 3,11; Ga 5,22). Jezus chce aby wypełniała nas radość i aby była ona pełna tzn. wynikała ze zjednoczenia w miłości z Nim (J15,10-11). Brat Roger pisze:

„Ochrzczeni w Duchu Świętym odzialiśmy się w Ciebie, Chryste. Każdemu z nas przypominasz: tyś jest moim dzieckiem jedynym, w tobie moja radość”.


2. R.Schutz. Miłość ponad … aneks s.97-99.

3. List z Taiz na 1987 r. s.2.

4. M.Thurian. O Eucharystii i modlitwie. s. 133.

Struktura religii

5/5 - (4 votes)

Rozdział VIII

Podczas podjętej przez nas próby zdefiniowania religii zaczęła ona nam się jawić jako skomplikowane zjawisko składające się co najmniej z dwóch zasadniczych elementów. Pierwszy z nich odnosi się do ludzkiej potrzeby teodycei. Ten aspekt religii odpowiedzialny jest zatem za realizację ludzkich potrzeb “egzystencjalnych”. Można zatem stwierdzić, iż jej podstawowym zadaniem jest nadanie jednostce filozoficznego sensu życia, a co za tym idzie zintegrowanie jej osobowości. Proces ten dokonuje się dzięki odnoszeniu się religii do transcendentnego wobec człowieka bytu (mocy), w ten sposób uwalnia ona człowieka od paraliżującego go poczucia osamotnienia i uwalnia energię niezbędną do działania.

Drugi z wyodrębnionych składników wiąże się z aktywnością społeczną człowieka. Oba te elementy lub poziomy religii są w swej zasadzie identyczne. O ich różnicy stanowi jedynie problem skali podmiotów, które obejmowane są ich zakresami. Tak więc, to dzięki pierwiastkowi społecznemu religii do środowiska zostaje wprowadzony i utrzymywany ład, a poprzez to zostaje wyodrębnione społeczeństwo oraz zostaje nadane mu odpowiednie znaczenie i rangę wzmocnione sankcjami metafizycznymi.

Jeżeli będziemy dalej prowadzić rozumowanie w tym kierunku to musimy stanąć przed kolejnym pytaniem, a mianowicie, czy religia wykazuje cechy systemowe, to znaczy, czy stanowi ona “ zbiorowość współdziałających osobników, których działania motywowane są w kategoriach “optymalnego zaspokojenia” (optimization of gratyfikation), i “których postawa wobec własnej sytuacji i wzajemnych stosunków jest określana i wyrażana w kategoriach systemu kulturowo wyznaczonych i wspólnych symboli.” Tyle tylko, że tymi słowy Zygmunt Bauman scharakteryzował system społeczny, który był centralnym punktem badań Talcotta Parsonsa. Następnym zatem problemem jest udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy religia może być traktowana jako system społeczny, a przynajmniej, czy do jej opisu wolno nam użyć tych samych narzędzi, które dla analizy systemu działania i systemu społecznego zaproponował Talcott Parsons.

Wydaje się, iż możemy udzielić na te pytania odpowiedzi twierdzącej pod warunkiem jednak, iż wcześniej wyznaczymy sam zakres interesującego nas zjawiska. Innymi słowy, musimy wprzódy wyodrębnić z wybranego obszaru zainteresowań – w naszym wypadku jest nim religia, taką ilość mniejszych podzbiorów, która pozwoli nam ograniczyć wyjściowy obszar zainteresowań. Ważne jest, aby liczba wyodrębnionych podzbiorów ograniczała się do tych tylko elementów, które w sposób istotny stanowią o istocie interesującego nas zjawiska. Wydaje się, iż udało się nam tego w pewnej mierze dokonać formułując naszą propozycję definiowania religii.

Jak pamiętamy, religią nazwaliśmy takie zjawisko, które: wynika z przyrodzonej człowiekowi potrzeby poszukiwania i przeżywania działającej mocy. Posiada ona spójny i wspólny dla danej zbiorowości system wierzeń dzielących cały znany człowiekowi świat na rzeczy święte i świeckie, objawia się ona w formie publicznego obrzędu charakteryzującego się zewnętrznym przymusem uczestnictwa, wpływa ona na proces kształtowania się struktury społecznej oraz wyzwala lub hamuje swą zewnętrzną siłą zmianę społeczną. Z definicji tej wypływają dwa zasadnicze wnioski. Po pierwsze, religia jest zjawiskiem społecznym, a jej przejawy są nam empirycznie dostępne i po drugie, jej ostatecznym punktem odniesienia względem, którego jest w stanie oddziaływać na jednostki oraz społeczności jest transcendentny byt absolutny.

Istnienie pierwiastka irracjonalnego nie utrudnia nam przy tym opisu religii w kategoriach naukowych, gdyż w obrębie religii pełni on funkcję najwyższej instancji kontrolnej, co przedstawimy nieco później w formie cybernetycznej hierarchii kontroli w religii. Co jednak więcej, wykorzystując koncepcję Thomasa Luckmanna ów “byt transcendentny” możemy rozpatrywać jako zobiektywizowane uniwersum symboliczne, ta zaś spełnia niezbędne dla analizy naukowej warunki. Tak więc, pamiętając o konieczności istnienia w religii pierwiastka irracjonalnego, możemy ją rozpatrywać ze względu na poniższe, cztery zasadnicze podgrupy problemów dotyczących:

1) potrzeb wynikających z konstrukcji ludzkiej psychiki,

i 2) zdolności porządkowania przez religię środowiska zewnętrznego za pomocą spójnego zbioru wierzeń,

i 3) nadawanie przez religię znaczenia oraz podkreślanie rangi zbiorowości, i 4) dysponowanie przez religię zewnętrzną siłą przymusu zarówno wobec jednostki jak i zbiorowości.

Chcąc zastosować w przypadku religii parsonsowski model systemu społecznego zacznijmy od hierarchicznego uporządkowania wyróżnionych grup problemów. Mając na uwadze zasady funkcjonowania informacyjnej hierarchii kontroli nasz schemat będzie przedstawiał się w następujący sposób:

Tabela 5

przymus religijny – absolut kontrola
obrzędy religijne
wierzenia
osobowość (jednostka) energia

Na dole naszego schematu znajduje się jednostka, której jak powiedzieliśmy naturalną cechą jest potrzeba poszukiwania i przeżywania mocy. Skłonność ta motywuje ją do zebrania swych doświadczeń związanych z mocą w jeden spójny, dający się ogarnąć zespół wierzeń. Wierzenia dostarczają jednostce sensu istnienia integrując jej osobowość, a jednocześnie z drugiej strony stają się one podstawą dla łączenia się jednostek we wspólnotę, której wyrazem jest obrzęd religijny. Obrzęd religijny określa z kolei, które wierzenia są z punktu widzenia wspólnoty najistotniejsze i kontroluje związane z nimi zachowania. Ukształtowana w trakcie obrzędów wspólnota, staje się adresatem, do którego zwraca się upostaciowiona moc uzasadniając konieczność określonych rytuałów, zaś postać tej mocy zależy wyłącznie od tej wspólnoty. Odwracając, absolut uzasadnia konieczność wypełniania określonych praktyk, praktyki te porządkują wierzenia, wierzenia zaś porządkują wiedzę o świecie, a tym samym integrują osobowość jednostki.

Jak widzimy, każdy z tych elementów religii, spełnia określoną funkcję wobec całości, a skoro tak to umożliwia nam to rozpatrywanie religii w kategoriach systemowych. Jednak obserwacja ta jest jeszcze niewystarczająca dla stwierdzenia, iż religia spełnia wszystkie warunki systemu społecznego i tym samym do stwierdzenia, że stanowi ona system działania, a w związku z tym jest ona systemem społecznym. “Każdy system działania musi spełniać pewne funkcje zarówno wobec środowiska zewnętrznego, jak wobec własnych elementów składowych. Tak więc każdy typ działania w ramach systemu podporządkowany jest różnym funkcjom, przy czym pewnym funkcjom w szczególności. Wszystkie funkcje systemu działania Parsons grupuje w cztery podstawowe kategorie. Kategorie te otrzymuje w wyniku skrzyżowania dwóch dychotomicznych podziałów. Pierwszy podział (na sytuację zewnętrzną i wewnętrzną) oznacza, że każde działanie w ramach systemu posiada różnorodne implikacje zewnętrzne i wewnętrzne. Drugi podział (na działanie instrumentalne i konsumpcyjne) oznacza, że działanie może być traktowane jako środek do celu (działanie instrumentalne), bądź jako cel sam w sobie (działanie konsumpcyjne). Ze skrzyżowania tych dwóch podziałów T. Parsons otrzymuje następujące typy funkcji:

  • funkcję adaptacyjną,
  • funkcję integracyjną,
  • funkcję osiągania celów,
  • funkcję kultywowania wzorów i usuwania napięć.

[…] Wśród czterech przedstawionych imperatywów funkcjonalnych implikacjom zewnętrznym odpowiada zakres czynności instrumentalnych zorientowanych na zadanie, tzn. A. i G., implikacjom zaś wewnętrznym – zakres czynności społecznie afektywnych, tzn. I. i L. Pierwszy zakres dotyczy głównie osiągania celu, czyli zakończenia cyklu działania, drugi – rekreacji sił i przygotowania nowego działania.” Pójdźmy tedy tą drogą. Oś zróżnicowania przecinająca odniesienia zewnętrzne i wewnętrzne oddziela w naszym wypadku, jednostkę (osobowość) oraz wierzenia, pozostawiając je po stronie orientacji zewnętrznej od przymusu religijnego – absolutu wraz z obrzędem religijnym – orientacja wewnętrzna. Taka lokalizacja naszych podsystemów wzięła się stąd, iż jednostka stale poszukująca i doświadczająca działającej mocy musi ciągle stawać przed nowymi sytuacjami wiążącymi się z tym doświadczeniem. To zaś zmusza ją do adaptacji w określonej sytuacji.

Podobnie ma się rzecz w przypadku wierzenia. Jeżeli przyjąć, że jedno wierzenie to osobna jednostka, to wielość wierzeń wynikająca ze współegzystencji wielu jednostek zmusza je do osiągnięcia takiej standaryzacji tych wierzeń, która nie będzie temu współistnieniu przeszkadzać oraz, umożliwiać będzie zawiązywanie się więzi społecznych. Jest to zatem sytuacja paralelna do opisanej wcześniej, z tą różnicą, iż obecnie przed nowym problemem do rozwiązania stoi “wielość jednostek” (“wielość wierzeń”). Sprawa ma się dokładnie na odwrót w przypadku obrzędów religijnych oraz przymusu religijnego – absolutu, umiejscowionych przez nas po stronie odniesień wewnętrznych. Obrzęd religijny pełni tu funkcję integracyjną, gdyż istotnie po fazie “standaryzowania” określonych wierzeń nadchodzi czas na wprowadzenie ich w “obieg” oraz wypełnienia luk spowodowanych wyrugowaniem niepasujących do całości elementów. Istnienie przymusu religijnego – absolutu jest z kolei niezbędne dla uzyskania uzasadnienia oraz sankcji dla osiągniętego stanu rzeczy.

Druga oś zróżnicowania oddziela osobowość (jednostkę) wraz z przymusem religijnym – absolutem będących środkami do osiągnięcia wspólnoty od wierzeń oraz obrzędów stanowiących o jedności, czyli celu.

Tabela 6

 

środki
cele
orientacja zewnętrzna
A. osobowość – jednostka G. wierzenia
orientacja wewnętrzna
L. przymus religijny – absolut I. obrzędy religijne

Wprowadzenie powyższego zróżnicowania nie przesądza jednak jeszcze o tym, czy religia jest systemem społecznym czyli, czy stanowi ona system działania. Aby problem ten rozstrzygnąć wykorzystajmy ponownie tok rozumowania proponowany przez Talcotta Parsonsa. Chodzi nam tu zwłaszcza o sposób przedstawienia przez niego kultury jako systemu działania. Mógł on tego dokonać dzięki wprowadzeniu znaczenia jako jednostki analitycznej dla zastosowania wobec kultury schematu funkcjonalnego.

Z naszego punktu widzenia największą rolę odgrywają dwie kategorie znaczeń: 1) znaczenie nadawane działaniu mocy oraz 2) znaczenie nadawane wspólnocie w odniesieniu do jej związku z mocą.

Pierwszy wyodrębniony przez nas rodzaj znaczeń dotyczy w wypadku jednostki – nadanie znaczenia działającej mocy, w wypadku zaś wierzenia uporządkowanie tych doświadczeń. Drugi rodzaj znaczeń wiąże się z nadawaniem znaczenia upostaciowionej mocy objawiającej się we wspólnocie lub w postaci zewnętrznej siły przymusu religijnego – absolutu.

Po skrzyżowaniu tej osi zróżnicowania ze względu na znaczenie z osią rozróżniającą środki i cele otrzymamy cztery podsystemy działania, które proponujemy nazwać:

  • podsystemem egzystencjalnym – analogiczny z podsystemem adaptacyjnym A,
  • podsystem porządkujący – analogiczny z podsystemem osiągania celu G,
  • podsystem społeczny – analogiczny z podsystemem integracyjnym I,
  • podsystem uzasadniający – analogiczny z podsystemem kultywowania wzorów i usuwania napięć L.
Tabela 7

Adaptacja Osiąganie celu

Podsystem egzystencjalny
Podsystem porządkujący
Podsystem uzasadniający
Podsystem społeczny

Kultywowanie wzorów Integracja

Zgodnie z teorią systemu działania, wszystkie podsystemy muszą być powiązane funkcjonalnie ze sobą oraz z całym systemem. Ponadto główny podział systemu musi być przeniesiony na wyodrębnione podsystemy przy jednoczesnym zachowaniu wzajemnych relacji pomiędzy imperatywami tego podsystemu. Należy zatem sprawdzić, czy z podobnym stanem rzeczy mamy do czynienia w przypadku religii. W związku z tym w następnych paragrafach omówimy każdy z podsystemów religii.

będziemy jeszcze cytować tę pracę magisterską

Pojednanie z samym sobą

5/5 - (3 votes)

Pobłogosław nas Panie, Jezu Chryste, nas i tych, których powierzyłeś naszej pieczy. Zachowaj nas w Duchu Błogosławieństw Radości, Prostocie i Miłosierdziu.

Modlitwa brata Rogera

Pogłębione studium pism Wspólnoty i jej pracy apostolskiej wobec młodego pokolenia pozwala na stwierdzenie, iż prowadzą i zapraszają one każdego człowieka do wnikliwego spojrzenia w siebie.

„Jeżeli będziemy pomnażać w sobie życie wewnętrzne, które nie ma ani początku, ani końca, to zrodzi się w nas wewnętrzne spojrzenie, wewnętrzna wizja tej jedynej w swoim rodzaju Komunii w Ciele Chrystusa, w Jego Kościele. Czy odkryjemy drogę, która poprowadzi nas do świętości Chrystusa w Komunii Jego Ciała?”[1]

Z całą pewnością nie chodzi tu o rodzaj autoanalizy z podaniem gotowej recepty na uzdrowienie wewnętrzne z zastosowaniem wartości religijnych. Wszyscy bracia „piszący” wskazują nam na drogę pewną, utwierdzoną życiem błogosławionych ludzi (nie tylko beatyfikowanych) i wciąż aktualną. Droga ta jest wewnętrzna choć nieodłącznie związana jest z życiem w świecie.

Wnikliwa obserwacja świata i wierne towarzyszenie ludzkiemu zmaganiu decyduje o niezwykłej trafności  rozważań bardzo bliskich każdemu człowiekowi.

Będą oni naszymi duchowymi przewodnikami w tej nieudolnej próbie zaczerpnięcia wody Żywej, a jest to źródło głębokie i przejrzyste.

Jan Paweł II [ten, któremu nie przeszkadzali pedofile w sułtanach] przebywając w Taiz powiedział: „Do Taiz przybywa się jak do źródła. Wędrowiec zatrzymuje się, zaspokaja pragnienie i rusza w dalszą drogę.

Wiecie, że bracia nie chcą was zatrzymywać. Chcą w modlitwie i ciszy pozwolić wam pić wodę żywą obiecaną przez Chrystusa, poznać Jego radość,odkryć Jego obecność, odpowiedzieć na Jego wezwanie (…).

Wasze dni, praca, odpoczynek, modlitwa, wszystko jest ożywione Słowem Bożym, które was wypełnia, zachowuje małymi, to znaczy dziećmi Ojca Niebieskiego, braćmi i sługami wszystkich w radości Błogosławieństw”/


[1] List na 1985 r. s. 6.

Misja Taiz w Indiach – Kalkuta, Madras

5/5 - (4 votes)

Kalkuta streszcza w sobie obraz całych Indii – kraju wielonarodowego, złożonego kulturowo i religijne, kraju wielkich kontrastów. Pierwsza wyprawa brata Rorega do Kalkuty datuje się na 1976 r. czyli na sam początek jego podróży misyjnych. Razem z braćmi zamieszkał w dzielnicy nędzy w małej fraterni, którą Matka Teresa pomogła im urządzić. Bracia pracowali razem z siostrami Misjonarkami Miłości na ulicach miasta, w szpitalu lub umieralni.

W dzienniku brat Roger  wspomina człowieka trędowatego, pozbawionego dłoni, który wzniósł ramiona w górę i modlił się modlitwą  uwielbienia Boga. Ciężka choroba pozwoliła mu trwać w Jego obecności tak jak biblijny Hiob pozbawiony wszystkiego wzywa  imienia Pana.29

Praca w domu chorych dzieci była szczególnie ciężkim doświadczeniem. Dzięki staraniom Matki Teresy i brata Rogera  udało sią uratować życie „jednemu z tych najmniejszych” czteromiesięcznemu dziecku, które zabrał do Francji.

Misja brata Rogera w Kalkucie różniła się trochę od ogólnie znanej działalności misyjnej. Ubóstwo środków, a czasami ich zupełny brak wskazują na inne możliwości. Trwanie pośród ludzkiej nędzy wyrywa ludzi z osamotnienia w cierpieniu i śmierci. Owo trwanie można okazać poprzez odwiedziny, codzienną wędrówkę po slamsach, podzielenie się garścią ryżu. Już podanie kubka wody jest wymownym gestem solidarności, a modlitwa jest znakiem nadziei i obecności Chrystusa w tym miejscu.

W Kalkucie powstał drugi List do młodych przy współudziale grupy międzynarodowej i braci. Matka Teresa odwiedziła Taiz jeszcze przed jego opublikowaniem.

Druga podróż brata Rogera do Indii na kilka miesięcy poprzedzała światowe spotkanie młodych w Madrasie w 1985 r. Bracia zamieszkiwali tam już od półtora roku, także pośród najuboższych. W spotkaniu uczestniczyli młodzi z 45-krajów  całego  świata –  reprezentanci  większości  krajów  europejskich, 20-narodowości azjatyckich.30

„Rozmieszczając małe grupki baraki w centrum regionów tego świata – od Bangladeszu po zakazane dzielnice Nowego Jorku – Wspólnota z Taiz jest znakiem solidarości w kondycji i znakiem bliskości w miłości, której zasięg daleko wykracza poza wymierną skuteczność. Jak nie możemy już myśleć o umierających na chodnikach Kalkuty nie obejmując ich pełnym szacunku i czułości spojrzeniem Matki Teresy, tak ci którzy przechodzą przez Taiz, nie mogą poprzestać już tylko na zgorszeniu takimi sytuacjami.”31.

Wspólnota animuje i zachęca młodych do podejmowania odpowiedzialnych zadań w takich krajach jak Indie, gdzie Chrystus cierpi i umiera na ulicach. Jeszcze przed tym modlitewnym zgromadzeniem w wigilię Bożego Narodzenia 1985 roku powstały w Indiach dwie bardzo cenne inicjatywy misyjne brata Rogera.

1) Międzykontynentalna Rada Dzielenia jest  to projekt zorganizowanej grupy osób nie będącej jednak żadnym nowym organem pośród innych organizacji charytatywnych. Jej wysiłki i działanie ma być skierowane do już istniejących kolekt, rozprowadzanych najsolidniej i uczciwie. Z założenia Rada Dzielenia nie utrzymuje się z podarunków, ani żadnych datków, lecz z własnej pracy i pracy wspólnot pozostających na własnym utrzymaniu dzięki wypracowanym przez siebie środkom finansowym. Rada będzie spełniać funkcje pomocnicze i gwarantować docelowość przyznawanej pomocy do różnych regionów zagrożonych głodem. Koordynacją działań na rzecz gromadzenia tych środków zajmowałyby się sekretariaty o dużym zasięgu terytorialnym i tak dla Azji – sekretariat mieściłby się w Bombaju, dla Afryki w Kinszasa, dla Europy w Warszawie,  dla Ameryki Łac. – Caracas, dla Ameryki Pn – Nowy Jork, dla Australii – Melbourne. Oprócz sekretariatów kontynentalnych pracowałyby punkty regionalne. Ze względu na gorszący proceder niesprawiedliwego rozdzielania darów, sekterariaty czuwałyby nad ich właściwym i sprawnym rozdysponowaniem. Nie jest to organ kontrolny, lecz wspomagający pracę i wysiłki kompetentnych osób. Troska o najbardziej wydziedziczonych  i pozbawionych egzystencjalnych praw ludzi jest pierwotnym charyzmatem Wspólnoty. Rada Dzielenia nie jest pierwszą inicjatywą misyjną. Pierwszy raz nadano jej ogólnoświatowy zasięg i sprowadzono do konkretnego systemu działania  w wielu regionach jednocześnie.

2) Drugą inicjatywą, która powstała w Indiach (24 grudnia 1985 r.) jest nagroda im.Mahatmy Gandhiego. Brat Roger pisze: „wszędzie na świecie są ludzie, często pokorni, ukryci i nieznani, którzy poświęcają swoje życie, by odbudować zaufanie, prowadzić do pojednania, pobudzać do sprawiedliwego dzielenia się dobrami. Ażeby w symboliczny sposób, wyrazić wdzięczność tym osobom, w których inni rozpoznają siebie, powstał pomysł nagrody noszącej imię Mahatmy Gandhniego.

Nagroda nie jest darem pieniężnym. Jest po prostu potwierdzeniem napisanym na kawałku papieru, który przekazują dzieci z dziecięcymi rysunkami.”32

Co roku 1 stycznia ogłasza sią podczas ESM nazwiska osób wyróżnionych tą nagrodą. Zaszczytem dla naszego kraju jest fakt, iż pierwszą osobą, której przyznano tę nagrodę jest Polka – Aniela Urbanowicz za heroiczną walkę o ludzkie życie w czasie II wojny światowej (1.I.1986 r.).

Rok później laureatami nagrody Gandhiego zostali: Teresita Nitorreda z Filipin (Manilla) „która była w pierwszej linii z tymi, dzięki którym przemiany w kraju dokonały się bez przelewu krwi” i Christian Beyers Naude (z RPA) za działalność  przeciwko segregacji rasowej w sposób pokojowy. W 1988 r, – przyznano 3 nagrody, w tym jedna dla Polaka – Jerzego Turowicza – redaktora Tygodnika Powszechnego, któremu brat Roger dedykował swój pierwszy dziennik „Niech twoje święto trwa bez końca”).


29. R.Schutz.Jego miłość…, dz. cyt., s.12.

30. „Kanony i litanie z Taiz w harmonii z tradycyjnymi hinduskimi badżanami na zmianę, pieśniami, które podobnie jak pieśni z Taiz – składają się z prostych, wielokrotnie powtarzanych zdań. Przy każdej modlitwie brat Roger zabierał głos i wygłaszał krótką medytację, której pierwsze słowa odczytywało jakieś dziecko. Przekłady w językach tamilskim i hindi nadawano w całym pandalu podczas gdy wokół bambusowych kolumn odczytywano jednocześnie tłumaczenia w 25 językach hinduskich i innych.” K.Spink. …Założyciel … dz. cyt.s.138.

31. Marguerite Lna. Taiz. „Znak” 1993/4 s.79.

32. List z Taiz na 1987 r. s.5.