Pochodzenie religii

5/5 - (1 vote)

Koncepcja laicka

Według koncepcji laickiej religia powstała, czyli miała swój początek. Jednak jej powstanie ludzkość zawdzięcza wyłącznie potrzebom, istniejącym w człowieku.

Ludzkość początkowo nie miała żadnej religii, gdyż brakowało jej tych podstawowych pojęć, bez których religia nie może istnieć, a którymi są przede wszystkim koncepcje duchowości, nadprzyrodzoności, nieśmiertelności, norm moralnych, sumienia,  świętości, boskości, itp.

Wytworzenie się takich pojęć wymagało pewnych specyficznych okoliczności, dzięki którym pierwotny człowiek najpierw mógł przeżywać pewne stany psychiczne.  Z jednej strony bezbronność i bezradność wobec przemożnych sił przyrody, których pierwotny człowiek nie był w stanie pojąć, a które groziły mu zniszczeniem, budzą w nim zakłócający logiczne myślenie strach. Wylęknięty łatwo dopatrywał się poza widzialnym światem jakiejś tajemniczej potęgi innego świata. Z drugiej zaś strony to zrazu nieokreślone odczucie czy wyobrażenie niewidzialnej potęgi zaczyna stopniowo – dzięki innym rodzajom przeżyć – przybierać coraz wyraźniejszą postać.

Mianowicie w pewnym momencie swojej egzystencji ówczesny człowiek zauważa w sobie, że każda spostrzeżona rzecz świata zewnętrznego jednocześnie istnieje jakoś inaczej, jako obraz jego wyobraźni, w takiej postaci dzięki pamięci trwa on niezależnie od samej rzeczy lub samorzutnie zjawia się we snach. Te wyobrażenia zaczyna uważać za duchy rzeczy cielesnych, obdarzając je na podobieństwo tego, co się dzieje wewnątrz człowieka, pewnymi mana, tzn. ukrytymi siłami. Ponieważ zaś wszystko, co zostało spostrzeżone, może być wyobrażane, przeto każda rzecz ma swego ducha. Brzaskiem więc życia religijnego jest animizm, tzn. przekonanie o powszechności dusz.

Następnym etapem w kształtowaniu się religijności miało być doświadczenie co do korzystnego lub szkodliwego oddziaływania na człowieka ukrytych sił duchów. Wśród ciągłego zagrożenia człowiek instynktownie szukał sprzymierzeńców wśród jednych rzeczy, a obrony przed innymi. Przekonawszy się, że pewne przedmioty odgrywają szczególną rolę w podtrzymywaniu i zachowaniu życia biologicznego jako niezbędna żywność, narzędzie lub broń, człowiek coraz bardziej związywał się uczuciowo z takim przedmiotem, iż w końcu począł go traktować jako totem, co w języku pewnych Indian oznacza przede wszystkim znak rozpoznawczy i hasło danego plemienia. W dalszym rozwoju totemizmu niemałą rolę musiał odegrać coraz bardziej ugruntowujący się kult przodków, który stał się szczególną formą animizmu: bolesne przeżywanie śmierci bliskiej osoby znajdowało pewne ukojenie w wyobrażaniu sobie zmarłego jako żyjącego, którego po latach legendarnych wspomnień idealizowano. W ten sposób czczona pamięć przodka mogła stopniowo zlać się z koncepcją totemu, który zaczął być wtedy uważany nie tylko za jakiegoś zmarłego członka rodziny, ale także za protoplastę, opiekuna i żywiciela danej wspólnoty. Tak więc w wyobraźni pierwotnego człowieka dawny przodek dzięki kultowi zwolna przybierał postać jakiegoś nadczłowieka czy herosa.

Z kolei dla pozyskania  korzystnych względów totemu czy dobrego mana zaczęto wykonywać pewne czynności, którymi naśladowano podpatrzone zachowanie się reprezentowanej przez niego istoty. Z czasem uprawiano czary bądź dla uchronienia przed szkodliwymi wpływami niebezpiecznych sił, czy dla ich zneutralizowania, bądź to dla współdziałania z nimi w niegodziwych  celach. Przy uprawianiu takiej magii szczególną rolę spełniają pewne dziwne przedmioty, a jeszcze bardziej czarownicy, czyli budzący lęk jacyś dziwaczni ludzie, a później wtajemniczeni starcy, którzy z czasem zdobywali duży autorytet wśród ciemnoty ludzkiej. Poznawszy pożytek lub szkodliwość pewnych rzeczy lub czynności owi zaklinacze oznaczali je mianem tabu, czyniąc je przez to nietykalnymi i zabronionymi. Z tych wyznaczonych nakazów lub zakazów z biegiem czasu powstał cały system moralnego postępowania, którego początek jest zatem magiczny. Z faktów naruszenia tabu zrodziło się pojęcie grzechu, a z jego zachowywania powstało pojęcie świętości. Natomiast oba te pojęcia złożyły się na uformowanie w psychice ludzkiej tego, co nazywamy potocznie sumieniem.

Tak w dziecinnym stadium ludzkości powstały te pierwsze koncepcje, które stały się podwalinami przyszłej religii. Była to jednak tyko zapowiedź religii, gdyż dla pełnego jej wykorzystania brakowało jeszcze pojęcia boskości.[1]

Zaistniały jeszcze inne czynniki, które można nazwać jako społeczne. W przemianach cywilizacyjnych dużą rolę odgrywała zdolność niektórych ludzi do wytwarzania coraz doskonalszych narzędzi, od których zależy rolnictwo i zapewnienie sobie dostatku. „Otóż właśnie ci zdolniejsi ludzie zaczynają zwolna dzięki swej sprawności gromadzić coraz większą własność prywatną, którą z kolei wraz z tajemnicami swych umiejętności przekazują tylko swemu potomstwu lub wyjątkowym wybrańcom. Tą drogą doszło do powstania klas społecznych, między którymi różnice stają się coraz radykalniejsze.  Ta uzależniająca jednych ludzi od drugich przemoc społeczna z czasem dochodzi do takiej potęgi, że w wyobraźni bezradnych i zahukanych poddanych wydaje się ona jakąś różną od odkrywających się w przyrodzie, niewidzialną, a więc niematerialną, czy nadprzyrodzoną siłę.

Obok głęboko przeżywanych w poprzednich wiekach tajemniczych mocy świata widzialnego teraz  analogicznie ustala się przekonanie o innym świecie…”[2], nieosiągalnym za pomocą zmysłów.  Wytworzyła się w ludziach refleksja, że gdzieś w zaświatach istnieje władca owych tajemniczych mocy i życiodawca. Tak powoli kształtowało się pojęcie nadducha, czyli bóstwa.

Do utworzenia się pełnej religii brakowało jeszcze jednego pojęcia. Ponieważ dawnych ludzi nie było stać na wydedukowanie duchowości z pojęcia niezłożoności, początkowo zarówno duchy, jak i wszyscy bogowie musieli być dla nich śmiertelni. Dopiero takie obserwacje zjawisk i przeżyć, jak np. tyczące się zwłaszcza umarłych zjawy senne mogły doprowadzić do przekonania o nieśmiertelności ducha ludzkiego, a potem bogów.


[1] Wielki Nieznany. Lech Grabowski. Płock 1983, s. 16-18

[2] Ibidem, s. 18

Różne koncepcje wzajemnej relacji rozumu i wiary

5/5 - (1 vote)

z pracy dyplomowej

Jednym z głównych dążeń filozofów klasycznych było oczyszczenie ludzkich wyobrażeń o Bogu z form mitologicznych.

Zadaniem pierwszych twórców filozofii było wykazywanie powiązań pomiędzy wiarą a wymogami rozumu.

„Sięgając wzrokiem dalej, ku zasadom uniwersalnym, nie poprzestawali już oni na antycznych mitach, ale chcieli dać racjonalną podstawę swoim wierzeniom w boskość. Wkroczyli w ten sposób na drogę, która wychodząc od dawnych tradycji inicjowała proces rozwoju odpowiadający wymogom rozumu powszechnego. Celem, ku któremu zmierzał ten proces, było krytyczne uświadomienie sobie tego, w co się wierzy… Oddzielono od religii warstwę przesądów i przynajmniej częściowo oczyszczono ją w drodze analizy racjonalnej. Na tej właśnie podstawie Ojcowie Kościoła nawiązali owocny dialog ze starożytnymi filozofami, otwierając drogę dla głoszenia i zrozumienia Boga objawionego w Jezusie Chrystusie”[1].

Jaki jest stosunek nauki i teologii? Jak zauważa Polkinghorne „każda ma całkiem duży stopień autonomii. Mamy wszelkie podstawy, by sądzić, że pytania, które można postawić na gruncie nauki, uzyskają kiedyś w jej ramach odpowiedź. W tym sensie nauka nie potrzebuje pomocy teologii…. Teologia ma również własną dziedzinę zjawisk (w skrócie, doświadczenia obecności Boga), które próbuje zrozumieć. Nauka, ze względu na to, że samoogranicza swe zainteresowania do dobrze określonej klasy dających się uogólnić nieosobowych zdarzeń (w rzeczy samej, takie ograniczenie umożliwia jej sukces), nie może ani wesprzeć twierdzeń religii, ani im zaprzeczyć”[2].

Dalej zauważa, że obu dyscyplin nie da się w pełni rozdzielić. „Oferowane przez nie obrazy świata oddziaływają na siebie w jakimś nieredukowalnym stopniu. Postać tych oddziaływań  nie jest jednak symetryczna po obu stronach granicy. Asymetria wynika z charakteru teologii. Jeśli zajmujemy się pytaniami dotyczącymi Boga, to zajmujemy się również całą rzeczywistością. Z konieczności teologia musi brać pod uwagę dane o wszelkich różnorakich ludzkich badaniach, niezależnie od tego, czy pochodzą z nauki zajmującej się światem fizycznym, czy z zajmującej się pięknem estetyki, czy z interesującej się dobrem etyki, czy też są jej własną szczególną dziedziną objawiającego spotkania z nadprzyrodzonością”.[3]

Należy podkreślić, że nieodzownym warunkiem relacji pomiędzy filozofią a teologią jest fakt, że – zdaniem Lecha Grabowskiego – teologia „zawsze musi być solidnie oparta na doświadczalnie zdobytych materiałach fizyki, biologii, psychologii, historii, socjologii, itp. Nie jest więc ona spekulacją fantazji na temat nie mających żadnej łączności z konkretami często abstrakcyjnych pojęć. Przeciwnie, jedynie filozofia jest w stanie uzasadnić racjonalność konkretnego przeżycia religijnego, którego bowiem relacja duchowa do rzeczywistości transcendentnej ma swoją wystarczającą rację w prawdach uzasadnianych spekulacją dedukcyjną, jak np. duchowość i substancjalność duszy, istnienie i natura Boga”.[4]

Jan Paweł II, przedstawia relację wiary i rozumu następująco: „Wiara i rozum (fides et ratio) są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego, aby człowiek -–poznając Go i miłując – mógł dotrzeć także do pełnej prawdy o sobie”.[5]

Zdaniem Ojca Świętego wiara domaga się, aby jej przedmiot został poznany przy pomocy rozumu; rozum, osiągając szczyt swoich poszukiwań, uznaje, jak konieczne jest to, co ukazuje mu wiara. Według  Niego dużą rolę w długim procesie kształtowania się relacji pomiędzy teologią i filozofią odegrał św. Tomasz z Akwinu. „W epoce, gdy chrześcijańscy myśliciele odkrywali na nowo skarby filozofii starożytnej, a ściślej arystotelesowskiej, wielką zasługą Tomasza było ukazanie w pełnym świetle harmonii istniejącej między rozumem a wiarą. Skoro zarówno światło wiary, jak i światło rozumu pochodzą od Boga – dowodził – to nie mogą sobie wzajemnie zaprzeczać. Wiara zatem nie lęka się rozumu, ale szuka jego pomocy i pokłada w nim ufność. Jak łaska opiera się na naturze i pozwala jej osiągnąć pełnię, tak wiara opiera się na rozumie i go doskonali. Rozum oświecony przez wiarę zostaje uwolniony od ułomności i ograniczeń, których źródłem jest nieposłuszeństwo grzechu, i zyskuje potrzebną moc, by wznieść się ku poznaniu tajemnicy Boga”.[6]

Święty Tomasz wskazuje drogę chrześcijaninowi, który  dyskutując na temat artykułów wiary, winien zmierzać nie ku temu, by wiarę udowadniać, lecz żeby jej bronić. Wskazuje jednocześnie, że narzędziem, którym powinien się posługiwać chrześcijanin, powinna być filozofia, „abyście mianowicie na drodze rozumowej (za pomocą filozofii – przypis własny) wykazywali, że to co wyznaje wiara katolicka nie jest fałszem”.[7]

Co teologia może dać filozofii oraz co filozofia może dać teologii?

Zdaniem Polkinghorne’a teologia może dostarczyć odpowiedzi na meta pytania, które wprawdzie biorą się z nauki, ale nie mają naukowego charakteru. Na tę rolę teologii, która zmierza do ostatecznego i pełnego zaspokojenia głodu wiedzy, szczególny nacisk kładzie tradycja pochodząca od św. Tomasza z Akwinu. Dwudziestowieczny myśliciel tomistyczny Bernard Lonergan pisał o Bogu, że jest On nieograniczonym aktem rozumienia, odwiecznym zachwytem objawiającym się w każdym Archimedesowym okrzyku: Eureka![8]

Filozofia zaś może dać teologii to, że powie, jaki naprawdę jest świat fizyczny. Przez to zada warunki zgodności, które powinny respektować ogólniejsze badania teologii. Doktryna stworzenia musi jakoś odpowiedzieć na fakt, że historia Wszechświata to trwająca miliardy lat ewolucja od prostoty do złożoności, a nie jakiś skok-w-byt gotowego świata przed kilkoma tysiącami lat. Z pewnością przemawia to na rzecz pojęcia Stwórcy, który jest w swych działaniach wyrafinowany i cierpliwy. Wymóg harmonii z odkryciami nauki może być jakimś zdrowym korygującym czynnikiem, który będzie hamował stałą skłonność teologii do czystej spekulacji.

Wielcy naukowcy, wśród których należy wspomnieć geniusza naszych czasów Alberta Einsteina, uważali, że te dwie dyscypliny wyjaśniania rzeczywistości (filozofia i teologia) nie powinny być wykorzeniane z siebie nawzajem. Uważał on, że wiara bez nauki jest pusta, zaś nauka bez wiary jest ślepa.

Poprzez filozofię i poznanie rozumowe człowiek dochodzi do słynnego stwierdzenia Sokratesa: – Wiem, że nic nie wiem. Powiedzenie to wcale nie odzwierciedla ludzkiego nieuctwa, lecz wskazuje na to, że rozum jest ograniczony w pojęciu otaczającej go rzeczywistości. Dochodzi do przekonania, że mimo ogromnej wiedzy, jaką posiada, nie jest w stanie odpowiedzieć w sposób naprawdę pewny na podstawowe pytania związane z egzystencją.

Immanuel Kant w prosty sposób przedstawił ograniczoność ludzkiego poznania. Posłużył się przykładem z kartką papieru. Położywszy kartkę na stole, człowiek może dostrzec tylko jedną stronę. Wyglądu drugiej strony kartki może się tylko domyślać.

Można do wiary podchodzić na podobieństwo sławnego wywodu Pascala zawartym w Myślach, znanego w literaturze jako zakład Pascala. Próbuje ona nam narzucić chrześcijaństwo za pomocą rozumowania opartego na założeniu, że nasze zainteresowanie prawdą przypomina zainteresowanie wygraną w grze hazardowej. „W swobodnym przekładzie jego słowa brzmią następująco: Musisz albo wierzyć, albo nie wierzyć, że Bóg istnieje – co wybierasz?

Twój ludzki rozum nie ma tu nic do powiedzenia. Między tobą i naturą toczy się gra, w której w dniu sądu wypadnie orzeł lub reszka. Zważ swoje zyski i straty w przypadku, gdybyś wszystko postawił na orła, czyli istnienie Boga: jeżeli wygrasz, zyskujesz wieczną szczęśliwość; jeżeli przegrasz, nie tracisz nic. Gdyby w tym zakładzie była tylko jedna szansa na nieskończenie wiele, że Bóg istnieje, i tak powinieneś wszystko na nią postawić; bo choć z pewnością ryzykujesz w ten sposób skończoną stratę, każda skończona strata nie jest do przyjęcia.  Nawet nieunikniona strata jest do przyjęcia, jeżeli istnieje najdrobniejsza możliwość nieskończonego zysku. Idź więc i używaj wody święconej, bierz udział we mszy; wiara przybędzie i uciszy twoje skrupuły – Cela vous fera croire et vous abtira. Dlaczego by nie? Właściwie, co masz do stracenia?”.[9]

Problem właściwego stosunku, jaki ma zachodzić między nauką i wiarą, rozgrywa się w ramach szerszego zagadnienia dotyczącego wzajemnych relacji natury i nad-natury, porządku przyrodzonego i nadprzyrodzonego. Mogą tu zachodzić dwa zasadnicze spaczenia: zatarcia różnicy istotnej między tymi dwoma porządkami i właściwe ułożenie ich wzajemnych powiązań.

Filozofia dotyczy prawd dostępnych przyrodzonemu poznaniu, podczas gdy teologia jest próbą interpretacji prawd objawionych nam w sposób nadprzyrodzony, a wiara jest cnotą nadprzyrodzoną, łaską pozwalającą nam te prawdy przyjąć i uznać za niewzruszone. Filozofia neoplatońska nosiła za sobą dziedzictwo, którego jedną z wytycznych  było twierdzenie, że między przyrodzonością i nadprzyrodzonością, naturą i łaską, rozumem i wiarą oraz doświadczeniem mistycznym zachodzi tylko różnica stopnia, nie zaś różnica dotycząca samej istoty. Stąd w neoplatoniźmie i w nurtach myślowych do niego zbliżonych lub do nich nawiązujących programowo zaciera się granica pomiędzy strefą filozofii i wiary. Właściwy układ powiązań między strefą rozumu i wiary wymaga, by każdy człowiek był filozofem, a każdy chrześcijanin teologiem. Nie chodzi o to, by wszyscy oddawali się studiom filozoficznym i teologicznym, ale o to by wzrastać jako ludzie (chrześcijanie) w przednaukowej mądrości filozoficznej, a jako wierzący poznawać coraz głębiej prawdy wiary.

Jan Paweł II apeluje do filozofów i do wykładowców filozofii, aby idąc śladem  zawsze aktualnej tradycji filozoficznej, mieli odwagę przywrócić myśli filozoficznej wymiary autentycznej mądrości i prawdy, także metafizycznej. Niech dążą zawsze ku prawdzie i będą wrażliwi na dobro w niej zawarte. Dzięki temu będą umieli zbudować autentyczną etykę, której ludzkość tak pilnie potrzebuje, zwłaszcza w obecnym czasie. Kościół – pisze dalej – z uwagą i życzliwością śledzi ich poszukiwania; niech zatem będą przekonani, że potrafi uszanować słuszną autonomię ich nauki (Przemówienie do naukowców…, s. 25-32).

Szczególne słowa zachęty papież kieruje do ludzi wierzących, pracujących na polu filozofii, aby rozjaśniali różne dziedziny ludzkiej działalności światłem rozumu, który staje się pewniejszy i bardziej przenikliwy dzięki oparciu, jakie znajduje w wierze.

Kończąc rozważania na temat stosunku rozumu do wiary, pragnę posłużyć się parafrazą stwierdzenia, że wiara bez rozumu jest pusta, zaś rozum bez wiary jest ślepy.[10]

Ojciec święty Jan Paweł II często prosi ludzi, aby starali się dostrzec wnętrze człowieka oraz jego nieustanne poszukiwanie prawdy i sensu. Różne systemy filozoficzne wpoiły mu złudne przekonanie, że jest absolutnym panem samego siebie, że może samodzielnie decydować o swoim losie i przyszłości, polegając wyłącznie na sobie i na własnych siłach. Wielkość człowieka nigdy nie urzeczywistni się w ten sposób. Stanie się to możliwe tylko wówczas, gdy człowiek postanowi zakorzenić się w prawdzie, budując swój dom w cieniu Mądrości i w nim zamieszkując. Tylko w tym horyzoncie prawdy będzie mógł w pełni zrozumieć sens swojej wolności oraz swoje powołanie do miłowania i poznania Boga jako najdoskonalsze urzeczywistnienie samego siebie.


[1] Fides et Ratio. Jan Paweł II. Warszawa 1998, s. 56

[2] Rozum i rzeczywistość. John Polkinghorne. Kraków 1995, s. 104

[3] j.w.: s. 104

[4] j.w.: s. 25

[5] Fides et…,  s. 3

[6] j.w.: s. 66

[7] Dzieła wybrane. Św. Tomasz z Akwinu. Poznań 1984, s. 196

[8] Rozum…, s. 104

[9] Prawo do wiary. William James. Kraków 1996, s. 38

[10] fałszywie przypisywanemu  Albertowi Einsteinowi

Wiara i rozum w rozwiązywaniu problemów egzystencjalnych przez młodzież

5/5 - (2 votes)

Interpretacja wyników badań

Większość ankietowanych pozytywnie odpowiadało na pytanie pierwsze, które brzmiało: Jeżeli uważasz, że Bóg istnieje, to jaką widzisz dla siebie rolę do spełnienia w życiu?

Jednak zdecydowana większość (13 osób) nie potrafiła odpowiedzieć na drugą część pytania (jaką widzisz dla siebie rolę do spełnienia w życiu?).

Odpowiedzi na powyższe pytanie można usystematyzować następująco (porównaj z wykresem nr 2):

  1. Bóg istnieje (5 osób),
  2. Wierzę w Boga i to mi wystarczy(4 osoby),
  3. Bóg istnieje i ma w stosunku do mnie jakieś plany (3 osoby),
  4. Wierzę w Boga, ale nie zastanawiałem się o swojej roli do spełnienia w życiu (1 osoba).  

Dziewięćdziesiąt procent ankietowanych uważa, że Bóg jest tym, który dał życie i wyznaczył drogę, którą należy kroczyć, aby być szczęśliwym.

Bóg istnieje, dał mi życie, za które chcę mu podziękować. Staram się żyć godnie, przebaczać, znosić cierpienia, które spotykamy na drodze i zachowywać przykazania – pisze w ankiecie siedemnastoletnia Danuta.

Szesnastoletnia Olga pisze, że Bóg stanowi ważną rolę w moim życiu. Uważam, że to On jest dawcą życia i wszelkiego dobra. Wszystko, co nas w życiu spotyka, należy traktować z pokorą… .

Inna ankietowana – Dorota (17 lat) – uważa, że Bóg istnieje i ma dla mnie ściśle określoną rolę. Ja jednak nie wiem jaką, dlatego staram się żyć tak, aby u schyłku życia niczego nie żałować.

 Natomiast szesnastoletni Piotr uważa, że Bóg istnieje i odgrywa w jego życiu znaczącą rolę. Wierzę, że Bóg powierzył mi ważną rolę w życiu, ale ja jeszcze nie odkryłem swojego powołania.

Kilku ankietowanych nie ma jeszcze jasno określonego celu życiowego. Szesnastoletnia Olga ma już zarys tego, czym chciałaby się zajmować w przyszłości, widząc w tym swego rodzaju powołanie życiowe dane od Boga. Uważam – pisze w ankiecie – że najbardziej odpowiedzialną pracą jest leczenie ludzi. Można im pomagać. Właśnie dlatego chciałabym w przyszłości pracować jako lekarz.

Wyżej wymienione odpowiedzi pokrywają się z treścią rozważań teoretycznych niniejszej pracy (porównaj: s. 5) gdzie napisano, że dokonuje się w tym okresie decydująca rozprawa miedzy własnym ja a otoczeniem, a także Bogiem.

Młodzież w okresie dorastania może tylko stopniowo ustalać swoje pojęcia religijne, przyswaja sobie najpierw fragmenty przekazywanych jej prawd i pojęć. Chodzi o właściwe pojmowanie Boga, religii. Następuje więc odrzucenie magicznej i autokratycznej religijności z poprzedniego okresu. Teraz chodzi o uduchowienie  pojęć religijnych i całego stosunku do Boga.

Starsi ankietowani (18 lat) żyją maturą, ale równocześnie wybiegają myślami w przyszłość. Wybierają zawód, kierunek studiów; myślą o własnej rodzinie; widzi swoje miejsce w społeczności ludzi dorosłych. Interesują się i przeżywają problemy wielkiego świata, jak: wojna, głód, niesprawiedliwość społeczna, itp. Życiowo bliskie są im takie problemy, jak rodzina, małżeństwo, miłość, przyjaźń. Kończąc naukę w szkole średniej młodzież bardziej może rozeznać swoje zadanie w  państwie, Kościele oraz rolę Kościoła w świecie.

Żadna z ankietowanych osób nie odpowiedziała na pytanie 2 postawione w ankiecie, które brzmiało: Jeżeli uważasz, że Boga nie ma, to jak widzisz swoje miejsce i rolę w życiu? Z powyższego wywnioskowałem, iż wszyscy ankietowani byli osobami wierzącymi w Boga.

Próbując przeanalizować pytanie dotyczące osoby (osób) do których zwracają się ankietowani, gdy mają problem egzystencjalny można zauważyć, że dużą rolę w życiu nastolatków odgrywają rodzice.

Zasady postępowania przyjmowane od dorosłych dla dziecka posiadały wartość bezwzględną, opartą na autorytecie rodziców.

Szesnastoletni Piotr pisze: Jeśli mam problem życiowy, to zawsze zwracam się o pomoc do rodziców. Są moim autorytetem. Wierzę, że chcą dla mnie jak najlepiej.

Okres dorastania można uznać za węzłowy punkt łączący dwa światy: dzieciństwo i dorosłość. Starsi ankietowani (18 lat) wskazują, że osoba znacząca w ich życiu to kolega lub koleżanka. Wiąże się to z tym, że młody człowiek przyjmował prawdy o religii, wierze bezkrytycznie. Obecnie sprawdza się ich słuszność.

Młody człowiek zwraca się ze swoimi problemami zazwyczaj do osób, z którymi może się identyfikować; którzy przeżywają (bądź przeżywali) podobny problem egzystencjalny. Są to zazwyczaj rówieśnicy, bądź starsi koledzy lub koleżanki.

Podobnie jest z autorytetem w życiu nastolatka. Autorytetem dla nastolatka są rodzice. Jednak w starszym wieku (18 – 19 lat) autorytet rodziców zostaje nieco  osłabiony i podważany.

Autorytet rodziców zostaje zachwiany. Młody człowiek uważa, że rodzice nie są obiektywni w stosunku do ich problemów i często bagatelizują owe problemy.  Podejście  rodziców  do  problemu  dziecka  typu:

„Żeby tylko takie problemy były na świecie” stwarza barierę, którą rodzice mają z czasem trudniej pokonać.

Osiemnastoletni Artur napisał w ankiecie – rodzice mnie nie rozumieją. Czasem wydaje mi się, że są w stosunku do mnie zupełnie obcymi ludźmi. Lepiej potrafię dogadać się ze swoją dziewczyną, niż z własną matką.

Młody człowiek – jak w przypadku Artura – dochodzi do takiego przekonania, że rodzice są staroświeccy. Oczywiście nastolatek nie neguje tego, że jego rodzice też byli w wieku huśtawki emocjonalnej (charakterystycznej dla okresu dorastania i poszukiwania własnej tożsamości) jednak uważa, że był to zupełnie inny świat; inny rodzaj zachowania i postępowania.

Osiemnastoletnia Anna pisze w ankiecie: Gdy mam jakiś problem to najczęściej zwracam się do kogoś aby pomógł mi w jego rozwiązaniu. Najczęściej jest to osoba dobrze mi znana taka, która nie zawiedzie mojego zaufania. Każdy problem ma więcej niż jedno rozwiązanie. Należy wybrać to najlepsze. Dlatego wskazówki innych ludzi są tak pomocne. Inna ankietowana, siedemnastoletnia Danuta, pisze: Zwracam się o pomoc do najbliższych osób. Słucham zdania drugiej osoby, rozważam to z własnego punktu widzenia. Często proszę o pomoc Boga podczas modlitwy.

Dla 90 % ankietowanych wiara pomaga w zrozumieniu otaczającego nas świata, zaś dla 65 % ankietowanych wiara razem z rozumem daje szerszy obraz rzeczywistości.

Jak wskazano w części teoretycznej niniejszej pracy, że skoro zarówno światło wiary jak i światło rozumu pochodzą od Boga, to nie mogą sobie wzajemnie zaprzeczać. Wiara zatem nie lęka się rozumu, ale szuka jego pomocy i pokłada w nim ufność[1].

Według szesnastoletniego Piotra nie wszystko można poznać za pomocą zmysłów. Na przykład nie zobaczymy uczuć drugiego człowieka.

 Inna badana, siedemnastoletnia Teresa uważa, że nie należy interpretować otaczającego nas świata jedynie za pomocą zmysłów. Równie ważna – jak wzrok czy słuch – jest zdolność myślenia i wolna wola.

Zdaniem Danuty (17 lat) nie wszystko jesteśmy w stanie zobaczyć gołym okiem i poznać za pomocą rozumu. Uważam, że powinniśmy dowiadywać się coraz więcej o otaczającym nas świecie. Słowa: sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga, zachęcają do wytrwałego wysiłku mającego na celu optymalne poznanie świata z każdej strony. Jednak poznanie to powinno iść w parze z poznaniem religijnym (wiara), ponieważ daje szerszy obraz rzeczywistości.

W pytaniu 7 ankiety postawiono pytanie: Co stawiasz w życiu na pierwszym miejscu? 

Odpowiedzi były zróżnicowane. Można sklasyfikować je w następujące kategorie (porównaj: wykres 5):

  • Znalezienie dobrej pracy i dorobienie się dużych pieniędzy – 85 %,
  • Osiągnięcie wyznaczonego sobie celu – 70 % ankietowanych,
  • Zdobycie wykształcenia – 65 %,
  • Postępowanie tak, aby osiągnąć satysfakcję duchową – 10 %.

Inne odpowiedzi charakteryzowały się tym, iż chodziło w nich o podobną sytuację życiową.

Ankietowana Dorota odpowiedziała, że chciałaby wytrwać w obecnym związku przez całe życie.

Danuta pisze, iż chciałaby mieć dobrego męża; zdrowie – które jest najważniejsze oraz dobrą pracę.

Ostatnie pytanie ankiety brzmiało: Czy uważasz, że sam rozum wystarczy do rozwiązania problemów stawianych przez życie?

Odpowiedzi, podobnie jak w innych pytaniach, były zróżnicowane. Zdaniem Teresy (17 l.) tak. Z reguły wszystko, co dzieje się wokoło daje się wytłumaczyć naukowo. Rozwiązywaniu problemów towarzyszy proces chemiczny nazywany przez nas myśleniem. W sytuacjach stresowych proces ten nasila się, podpowiadając nam rozwiązanie, które w innych sytuacjach nie przyszłoby nam do głowy. Niewiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Jednak one istnieją – wtedy może nam pomóc właśnie wiara.

Oprócz wyczerpującej odpowiedzi na pytanie zauważyć można, że – co pokrywa się z teorią niniejszej pracy[2] – Teresa jest dziewczyną, którą fascynuje nauka i jej tłumaczenie rzeczywistości.

Danuta pisze: Na pewno odgrywa on ważną rolę. Głównie od naszego rozumowania zależy nasze postępowanie. Jeżeli ja podejmuję jakąś decyzję czy to sama, czy radzę się rodziców, bądź chłopaka, to owe zdanie kierowane jest rozumem. Dlatego też uważam, że sam rozum wystarczy do rozwiązywania problemów stawianych przez życie.

Inny ankietowany (Piotr) jest innego zdania niż Danuta. W odpowiedzi na pytanie pisze: Byłem świadkiem cudownego uzdrowienia człowieka. Jest to zjawisko, które za pomocą rozumu nie da się do końca wytłumaczyć. Uważam, że sam rozum nie wystarczy do rozwiązania problemów. Lepiej je rozwiążemy, gdy posłużymy się dobrymi radami z Biblii.

Podobnego zdania jest szesnastoletnia Olga: Wielu ludzi jest impulsywnych i działa pod presją chwili, podejmują decyzje, nad którymi nie zastanawiają się. Takie postępowanie nie zawsze jest dobre. Robienie czegoś bez zastanowienia nie ma sensu. Można bowiem wiele stracić. Jeżeli Bóg dał nam rozum, abyśmy byli wolni i sami dokonywali dobrych wyborów, to dlaczego mamy z niego nie korzystać?


[1] porównaj:  s. 33

[2] porównaj: s. 8 – 9

Ewolucja podejścia Kościoła do herezji

5/5 - (1 vote)

Nowy Testament nakazywał w stosunku do innowierców, heretyków czy magów postawę dialogu, a w przypadku jej bezskuteczności ostracyzm. Nawet jeśli dochodziło do konfrontacji umiejętności magicznych z cudami dokonywanymi przez Chrystusa i jego uczniów, z prób tych wychodzili chrześcijanie obronną ręką, dzięki manifestacji mocy boskich, których siła przekonywała nawet opornych pogan i magów, którzy znosili swoje księgi magiczne i palili je na stosach. Było to rozwiązanie diametralnie różne od podejścia starotestamentowego, jakim w przypadku pogan było ukamienowanie za bramami miasta, czy śmierć dla osób parających się magią. Najwyższy wymiar kary w pierwszych wiekach chrześcijaństwa stanowiła ekskomunika, czyli wyłączenie ze wspólnoty.

Przykład postawy, którą realizować przykazuje Chrystus i apostołowie, dał Kościół już w II wieku podczas pojawienia się prądów gnostyckich. Chrześcijanie nie szukali pomocy z zewnątrz, w organizacji państwowej, lecz zwyciężali schizmatyków poprzez umocnienie pozycji biskupów jako nauczających i ulepszeniu wykładni doktrynalnej Pisma Świętego. Wewnętrzne zmiany wystarczyły, aby odeprzeć niebezpieczeństwo schizmy.

Ważnym też wydaje się fakt, iż w czasach gdy władza cesarska była połączona z najwyższą pogańską władzą kościelną, starożytni teologowie chrześcijańscy walczyli o rozdzielenie tego co cesarskie, od tego co boskie. Twórczość autorów takich jak wspomniany wyżej Tertulian czy Orygenes, była nieustanną walką o wolność religijną, a przymuszanie kogokolwiek do zmiany wiary było chrześcijanom obce. Najdobitniej ujął to Laktancjusz mówiąc, że religia jest jedyną sferą na stałe związaną z wolnością. Mówił także, że religii winno się bronić nie zabijając, lecz umierając dla niej. Bronić nie okrucieństwem, lecz cierpieniem. Nie zbrodnią ale wiarą.

Czasy zdrowego dystansu wobec narzędzi władzy państwowej skończyły się z dnia na dzień, gdy w 313 roku Konstantyn Wielki – pierwszy cesarz chrześcijański – ustanowił wolność religijną dla współwyznawców. Prześladowani dotąd chrześcijanie, zostali wezwani do wzięcia odpowiedzialności za losy państwa, które nagle przestało być wrogie.

Rozterki teologów dotyczące tego jak miało wyglądać państwo chrześcijańskie, zostały zażegnane na pewien czas przez cesarza. Doszło wtedy do zamienienia religii dotychczas panującej na chrześcijaństwo i połączenia jej z władzą świecką. Religia miała być instrumentem zachowania pokoju i jedności państwa. Konstantyn stał się wtedy zarówno władcą świeckim (cesarzem), jak i najwyższym zwierzchnikiem duchowym (Pontifex maximus). Koncentracja takiej władzy oraz instrumentalna rola religii, spowodowała szybkie odstępowanie od biblijnej zasady upominania grzeszników i błądzących na rzecz wygnania ich z państwa.

Na odpowiedź teologów nie należało długo czekać. Do surowego tonu pism Tertuliana i Orygenesa, postulujących rozdzielenie władzy świeckiej od duchownej, powrócili ojcowie Kościoła już na synodzie w Sardyce w 343 roku. Z podobnymi apelami zwrócili się w następnych latach Honoriusz z Kordoby i Ambroży.

Następne zmiany przyniósł edykt cesarza Teodozjusza z Thesalonik z 380 roku. Wtedy to ortodoksyjna wykładnia Kościoła Katolickiego stała się prawem państwa. Związek władzy Kościoła z władzą państwową potwierdziły: edykt z 376 roku zakazujący tajnych zgromadzeń heretyków raz edykt konstantynopolitański z 392 roku, sankcjonujący praktykowanie jakichkolwiek form kultu pogańskiego, nawet w domach prywatnych. Późniejsze edykty cesarskie dotyczące magii i czarów omówione powyżej oraz edykty regulujące sprawy dotyczące herezji, uznawały je za zbrodnie i wyznaczały za nie kary jak za najpoważniejsze przestępstwa kryminalne czyli: konfiskatę dóbr, pozbawienie prawa dziedziczenia, wygnanie, deportację i śmierć.

Kościół nie korzystał z początku w pełni z uprawnień do ścigania pogan i heretyków, jakie przyznał mu cesarz, jednak w miarę upływu czasu dyscyplina soborowa na tym polu zaostrzyła się. Poruszane były na przykład kwestie takie jak ekskomunikowanie osób zmarłych, czy posiadających książki heretyckie. Przybywało jednak coraz więcej głosów zachęcających do ścigania pogan i heretyków za pomocą ramienia świeckiego. Listę tych działaczy otwiera około 346 r. wspomniany już wyżej Firmicus Maternus, który w swym dziele o znaczącym tytule O niedorzeczności religii pogańskich zachęcał „świątobliwych” cesarzy, do konfiskaty ozdób ze świątyń pogańskich. Co do samych świątyń i posągów, zalecał ich burzenie, jako przyczynek do wzmożenia chwały prawdziwego Boga. Po budynkach i posągach nadszedł czas na wyznawców. Twórca ów stwierdzał obowiązek cesarzy dotyczący ścigania surowo i wszelkimi sposobami zbrodni bałwochwalstwa. Obowiązek ten nadany był władcom przez samego Boga, a jako uprawomocnienie swoich słów autor posłużył się surowym starotestamentowym nakazem zawartym w Księdze Powtórzonego Prawa.

Mniej radykalnym, ale bardziej poważanym kontynuatorem myśli Maternusa był św. Augustyn. Postawa Doktora Kościoła w stosunku do użycia państwa w walce z poganami zaostrzyła się wprost proporcjonalnie do eskalacji brutalnych ekscesów związanych ze schizmą donatystów w północnej Afryce. Początkowo władze świeckie miały zapewnić bezpieczeństwo ludności katolickiej, później zaś Augustyn stwierdził, że herezja może być karana tak jak inne przestępstwa, ponieważ rozbija porządek społeczny i można zaliczyć ją do tej samej kategorii co trucicielstwo. Chociaż konsekwentnie nadal twierdził, że nie można pogan nawracać siłą, to przymus w stosunku do heretyków był dozwolony. Jako poparcie swojej tezy „zbawiennego przymusu” posłużył się Augustyn przypowieścią o zlekceważeniu przez gości zapraszającego na ucztę Gospodarza. Reszty argumentów dostarczyły Augustynowi przykłady praw wydawanych przez starotestamentowych królów. Przemoc niesprawiedliwą, stosowaną przez heretyków odróżnia od przemocy stosowanej przez ortodoksyjny Kościół, który kieruje się miłością i ma na celu życie wieczne dotychczasowych przeciwników.

Podsumowując ewolucję postaw teologów starożytnych należy jednoznacznie stwierdzić, że wyważony ton dyscypliny soborowej, który wzywał państwo do tolerancji religijnej, a Kościół do zachowania właściwego względem państwa dystansu, nie znalazł szerszego oddźwięku w nadchodzących wiekach średnich. Powodem tego były działania władzy świeckiej, która za pośrednictwem prawa rzymskiego traktowała religię jako narzędzie służące utrzymaniu jedności i porządku wewnątrzpaństwowego. Innym czynnikiem, jak się okazało po upadku Rzymu bardziej nawet trwałym, było znaczenie pism świętego Augustyna, który był dla całego średniowiecza największym autorytetem. To spod pióra tego Doktora Kościoła wyszły dzieła, które dostarczyły argumentacji kolejnym pokoleniom teologów i na następne wieki ustaliły pojęcia i sposoby postępowania względem pogan, heretyków i czarowników.

Wierzenia na ziemiach polskich przed przyjęciem chrztu

5/5 - (1 vote)

Na temat roli kapłanów i religii panującej na ziemiach polskich przed przyjęciem chrztu wiemy bardzo niewiele. Jedynym źródłem, z którego czerpane są wszelkie wiadomości na temat kapłaństwa, są skąpe w tym względzie przekazy pisane. Możemy się tutaj oprzeć jedynie się na trzech podstawowych w tym zakresie źródłach – kronikach Thietmara, Helmolda i Saxo Grammatyka.

Saxo Grammatyk opisuje nawet wygląd kapłana, który odznaczał się „wbrew powszechnemu miejscowemu zwyczajowi długością spadających włosów”. Do obowiązków kapłanów należała więc w pierwszym rzędzie troska o całość świątyni, a przede wszystkim o znajdujący się wewnątrz posąg boga. Poza tym kapłani byli zobowiązani do przeprowadzania wróżb. Wróżono na przykład przed podjęciem decyzji wagi ogólnoplemiennej, a także dla rozstrzygnięcia, jakie ofiary należało złożyć dla zapewnienia sobie przychylności boskiej. Wróżb dokonywano przed podjęciem wyprawy wojennej, jak również dla określenia urodzajów w danym roku.

Do ich kultowych obowiązków należało składanie ofiar ze zwierząt i ludzi (przeważnie – a może wyłącznie – chrześcijan), a także z płodów roślinnych i miodu, jak również pilnowanie przestrzegania tych obowiązków przez wiernych. Kapłani i tu spełniają funkcje wróżbitów. Pod przewodnictwem kapłanów odbywały się uroczystości doroczne, takie jak święto plonów, w czasie których kapłan przeprowadzał cały szereg obrzędów ku czci bóstwa. Do obowiązków kapłanów należało wreszcie utrzymywanie w czystości świątyni, opieka nad koniem poświęconym bóstwu (którego dosiadać mógł tylko kapłan) oraz nadzór nad świątynnym skarbcem, do którego wpływały dary, podatki i daniny z sąsiednich ziem. Do świątyni prawo wstępu mieli tylko kapłani.

W plemionach słowiańskich kapłani spełniali także funkcje pozakultowe. Z przekazu Helmolda wiemy, iż kapłan uczestniczył w rozprawach sądowych. Nie jest jasno powiedziane, czy sam pełnił funkcję sędziego. Być może, iż sama tylko jego obecność, jak i miejsce sądu – święty gaj, nadawały wyrokowi sądowemu sankcję religijną. Kapłan występował też w roli posła.

Fakt, iż radzono się w sprawach wagi ogólnoplemiennej bogów, którzy mieli rozstrzygnąć, jak w danym momencie należy postąpić, nie świadczy o ograniczonej na rzecz kapłanów roli wiecu czy starszyzny plemiennej, a jedynie o pewnych ograniczeniach wypływających z systemu wierzeń. Kapłani – wróżbici mogli interpretować pewne zjawiska dowolnie, problem tylko w tym, czy ich interpretacja podporządkowana była uświęconym tradycją sposobom objaśniania, czy też była czysto tendencyjna, zależna od potrzeb chwili i woli kapłanów. Faktem jest w każdym razie, iż wyniki wróżb nie zawsze respektowane były przez starszyznę plemienną.

Stosunek kapłana do wiecu ilustrują też słowa Helmolda, iż kapłan „zwoławszy króla i naród, objawił im, że Bogi silnie są zagniewane i że gniew ich nie inaczej złagodzonym być może, jak krwią kapłana, który śmiał pośród nich obce obrzędy religijne odprawiać”. Wydaje się, iż przytoczony wyżej przykład świadczy jedynie o możliwościach i sposobach walki kapłanów pogańskich z ekspansją nowej wiary. W szczególnie trudnych dla religii pogańskiej czasach, kapłani uciekali się do różnych sposobów, mniej lub bardziej skutecznych, dla pognębienia chrześcijan. W specyficznych warunkach kapłani mogli postępować nawet niezgodnie z obowiązującymi na ogół regułami.

W okresie starć pogaństwa z chrześcijaństwem lud chętnie słuchał kapłana i jest to chyba sprawą zrozumiałą. Książęta często zawierali przymierza z obcymi i chętnie godzili się na przyjęcie nowej wiary, co wprowadzało niepokój wśród ludu. Niewątpliwie kapłani oddziaływali na umysłowość członków plemienia, mieli w pewnym sensie nad nimi „władzę duchową”, w pewnych wypadkach mogli oddziaływać na bieg poszczególnych wydarzeń, jednakże nie wydaje się, by to mogło wiązać się rzeczywistą ich przewagą nad księciem i wiecem.

W rzeczywistości kapłani byli jedynie sługami bóstwa. Jak dalece – świadczy najlepiej opis sprzątania świątyni, kiedy to kapłan nie miał prawa swobodnie oddychać w jej wnętrzu i dla nabrania tchu musiał biec do drzwi. Wszystko, co znajdowało się w świątyni – koń, skarbiec, załoga – nie stanowiło własności kapłana

Bogowie Słowian stali już na wysokiej pozycji – władców, których należało przebłagiwać darami i modlitwami, by zyskać ich przychylność lub by pozwolili ujrzeć śmiertelnikom ich przyszłe wyroki. Można było zatem dzięki pewnym działaniom wpłynąć na wolę bogów, bóstw i demonów, a przez to osiągnąć korzyści w życiu doczesnym.

Niemal każda religia jest postrzegana przez swych wyznawców jako sposób na zdobycie ponadnaturalnych mocy. Nie wyklucza to płynących z niej innych korzyści, takich jak: wskazówki moralne, funkcja symbolu porządku społecznego, czy w końcu drogi do nieśmiertelności, jakie z owej wiary czerpią wierni. Historia wczesnego chrześcijaństwa, które niewątpliwie było udziałem Polski w pierwszych kilku wiekach istnienia państwa, nie odbiega od tej zasady. Przejście na nową religię było przez konwertytów nie tylko wstąpieniem na nową drogę życia, kończącą się zbawieniem w innym świecie, ale także zdobyciem nowej, bardziej skutecznej magii.

Figurę czarownictwa można określić jako układ mityczno-rytualny, w którym wyraża się agresywna reakcja grup i marginesów społecznych, z różnych powodów nie zintegrowanych, albo zintegrowanych tylko częściowo z typowymi w danym okresie modelami kulturowymi. W takich przypadkach społeczności te spychane są na margines i uważane są za nosicieli innej spuścizny obrzędowej i mitologicznej, która groźnie przeciwstawia się modelom właściwym dla większości. Niekiedy zjawisko to ma miejsce w obrębie historii danej kultury, gdy grupa społecznie bagatelizowana lub uciskana odrzuca schematy religijne i jednocześnie konstytuuje się przez sprzeciw i odrzucenie przyjętych ogólnie wartości. Agresywność między tymi grupami jest obustronna.